Na stronie znalazłem się trochę z przypadku, i pomyślałem, że podzielę się z innymi moimi smętnymi przemyśleniami na temat kina azjatyckiego, skoro tyle go oglądam. Dziś było "Braterstwo broni" i żałowałem, że wcześniej tego gniota nie doświadczyłem na własnej skórze - już miałbym za sobą, a tak - wraz z "Assembly" Fenga - stworzył jakąś mdlącą mieszankę niczym niezwykle uzdolniony, mały pirotechnik... Być może trzeba było przerwać, ale mnie nawet i bardzo wątła i naciągana intryga trzyma w napięciu...
Do kina azjatyckiego zachęcił mnie "Sobowtór" Akiry Kurosawy, widziany w telewizji publicznej o nieprzyzwoicie późnej porze. I, choć zapałki musiałem sobie przemocą wpychać do oczu, warto było. Od tego czasu próbuję coś oglądać. Wychodzi rożnie. Niestety, wiele filmów azjatyckich jest wyjątkowo długich (patrz: antywojenna trylogia Masakiego Kobayashi "Dola człowiecza"), i nawet taki wytrwały widz, jak ja, gubi się czasem, i przystaje w pół kroku.
Nie powiem, uwielbiam pooglądać zainspirowane kulturą azjatycką pozycje z zachodniej kinematografii. Bywa zabawnie, zwłaszcza gdy ostatniego samuraja gra Cruise, czy Azjatę - Amerykanin (patrz: dokument propagandowy marynarki USA "My Japan"). Remake też bywa ciekawy, zwłaszcza wewnątrzazjatycki (ktoś jeszcze widział "Zindę"?). Pewnie wszyscy ambitni by woleli, by te inspiracje nie były bezpośrednio serwowane publiczności, powierzchowne i dokonywane przez naiwnych twórców - by bardziej przypominały aluzje z "Ghost Doga", niż z "Afro Samurai:, lecz ta druga opcja wydaje mi się być czasem zabawniejsza, ale ja już chyba takie skrzywione poczucie humoru mam.