|
Nie ma za co...
Azjatyckie kino wojenne to nie tylko współczesne produkcje, ale i dzieła sprzed pół wieku. Chociażby japońskie produkcje antywojenne (m.in. Masaki Kobayashi, Kon Ichikawa, kilka wersji "Boso przez Hiroszimę"). Jeśli oceniam ten film nisko, to właśnie ustosunkowując się m. in. do nich. Polecam zapoznanie się z czymś sprzed kilkudziesięciu lat. Tak w zasadzie, to po co bronić miernoty? Zresztą, Kim Ki Duk czy Park Chan Wook o "nostalgii" za zjednoczeniem i problemach podziału Korei wypowiadali się o wiele subtelniej, i właśnie ten prymitywizm "prosto w twarz" trudno mi znieść w "Tae Guk Gi", zwłaszcza że wręcz się prosi o porównanie produkcyjniaka z kinem artystycznym. Niestety, produkcyjniak na własnym polu przegrywa. Średnio bawi, zwłaszcza ze względu na źle zbudowaną dramaturgię (to miałem na myśli, pisząc o nieprzemyślanej konstrukcji filmu). Zła dramaturgia wynika z niedopracowanego scenariusza. Niedopracowany scenariusz - efekt braku talentu/wysiłku u scenarzysty? To duży zarzut, zwłaszcza dla południowokoreańskiego kina gatunków, które jest pod tak silnym wpływem innych kinematografii (zwłaszcza amerykańskiej) i wciąż ma problemy z tożsamością (patrz: rodzime adaptacje wuxia), szukając własnego głosu. Ta zależność powinna przynajmniej skutkować dobrym opanowaniem wzorców budowania poprawnych dziełek. A tu jest wręcz odwrotnie... Napięcie co jakiś czas opada do martwej linii, zanim utrzymywać widza w stanie przytomności. Największą w tym zasługę ma skłonność do repetycji, czy coś, co można by określić mianem błędów montażowych (zamiast scen złożonych z nieparzystych i zwartych ujęć, mamy sceny rozkawałkowane, zbyt rozbudowane i dające w efekcie poczucie występowania w nich ujęć działających, jak parzyste, co już źle się odbiera - jako nie-domknięte nie-całości). Żeby chociaż nie było to wszystko takie naiwne, źle zagrane i nieudolnie zmontowane... Nie potrafię znaleźć zalet tego filmu, poza pracą operatora, ale dobre zdjęcia to i zdarzały się w polskich filmach międzywojennych. Tylko kto je teraz ogląda? Garstka fanów... Cóż, ja się wynudziłem i wymęczyłem na tym "filmie wojennym". Wiem, wiem... Dziewczynki lubią komedie romantyczne, chłopcy filmy wojenne, obojętnie już jakie by nie były. Ale to tylko teoria. W praktyce wielu ludzi wciąż czegoś oczekuje po filmie i nie chce przez połowę seansu przymykać oczu, bo akurat coś nie wyszło. Fora poświęcone filmom przekonują wręcz, że każde potknięcie filmowców zauważy sporo ludzi i bezlitośnie im to wytknie. Być może "Tae Guk Gi" choruje wraz z wieloma filmami wojennymi na chorobę zdziecinnienia. Oglądając "Yamato", "Kamikaze", "Ji Jie Hao", "Czerwonego Barona" czy "Flyboys" za każdym razem czułem, że są to filmy adresowane przede wszystkim do nastoletniego odbiorcy, który jest dość jeszcze bezkrytyczny i połyka tworzywo filmowe jak papkę. Najczęściej istotna jest wtedy sama intryga. Wtedy trudno się kłócić.
|