Tae Guk Gi: The Brotherhood of War

Tae Guk Gi: The Brotherhood of War

Postprzez demmm9 » 8 cze 2009, o 18:17

Tae Guk Gi: The Brotherhood of War (Braterstwo broni/Taegukgi hwinalrimyeo)
Światowa Premiera: 04-02-05
Premiera DVD: 05-09-14
Gatunek: Wojenny, dramat, akcja
Czas Trwania: 127 min.

Reżyseria: Kang Je-gyu Scenariusz: Han Ji-hoon, Kang Je-gyu Muzyka: Lee Dong-joon

Cała historia związana jest z dwoma braćmi Jin-tae (Jang Dong-gun) oraz Jin-seck (Won Bin) którzy zostali wcieleni do wojska podczas wybuchu Wojny w Korei (25 czerwca 1950 r.). Starszy z braci robi wszystko aby ochronić swojego brata przed śmiercią, dlatego też zgłasza się na ochotnika do wszystkich misji. Młodszy brat interpretuje to jako obsesję starszego brata na punkcie chwały i sławy. Niedługo jednak pojmie jak bardzo się mylił...
[opis dystrybutora]

Trailer:



Obsada:
Jang Dong-kun
Won Bin
Lee Eun-joo
Kong Hyeong-jin
Jang Min-ho
Jo Yoon-hee
Ahn Kil-kang
Park Gil-soo
Jeong Jin
Jeong Jae-yeong
Choi Seung-hwan
Kwon Tae-won
Lim Hyeong-joon
Park Jung-woo
Son Jae-gon
Jeong Dae-hoon
Choi Min-sik
Kim Soo-ro
Jeong Doo-hong
Jeong Ho-bin
Park Dong-bin
Kim Hae-gon
Jeong Yoon-min


I tu nasuwa się pytanie odwieczne przy filmach tego typu- czy jest lepszy od "Szeregowca"? Dla mnie tak. Losy braci są bardzo dokładnie przedstawione, sceny wojenne są efektowne i dobrze zrobione. 8/10
Aha...i nie oglądajcie wersji, w której mówią po angielsku bo film będzie już nie ten...
Obrazek
Avatar użytkownika
demmm9
Reżyser
 
Posty: 217
Dołączył(a): 8 wrz 2008, o 15:37

Re: Tae Guk Gi: The Brotherhood of War

Postprzez Snake » 8 kwi 2010, o 09:17

Oglądałem wersję reżyserką tego filmu (oryginalne audio) i myślę, że to jest pewna nobilitacja dla tego filmu, że porównuje się go z filmem Szeregowiec Ryan. Od strony technicznej poza niezbyt ciekawie komputerowo zrobionymi samolotami, całość prezentuje się bardzo ładnie i efektownie. Mnóstwo wybuchów, strzały, urywane kończyny- jako film wojenny jest naprawdę godny obejrzenia.
Przede wszystkim dla mnie główną zaletą filmu jest różnorodność lokacji. Film nie skupia się na prowadzonej kampanii wojennej, czym różni się od większości filmów wojennych, ale "skacze" po różnych etapach wojny koreańskiej, przy okazji racząc widzów odmiennymi sceneriami, które nie zdążą się nudzić, bo zaraz akcja przenosi się w inne miejsce.
To co mogłoby się wydawać z góry sztampowe, czyli dwaj bracia na wojnie, okazuje się naprawdę ciekawe m.in. dlatego, że film nie sili się na przesadny patos, czy ukazanie czystych wartości i uczuć. Sporo w tym filmie goryczy. Wątek fabularny jest ogólnie dobry, choć nie odniosłem na szczęście wrażenia, aby miał na siłę spychać na dalszy plan wydarzenia wojenne. Mimo wszystko, ukazane wartości i problemy bohaterów poruszają.
Film nie jest jednak arcydziełem. Sceny walk są bardzo dobre, lecz cechuje je nieco minimalizm. Jeżeli ktoś liczy na szczegółową kampanię wojenną, to się może zawieść, jeżeli ktoś chce obejrzeć dramat, to sama etykietka "film wojenny" odrzuci mnóstwo osób.
Ogólnie rzecz biorąc ten chyba najbardziej kasowy film w Korei, jest godny obejrzenia i każdy kto ogólnie interesuje się kinem nie może go pominąć. Znany jest film Eastwooda "Listy z Iwo Jimy" -całkiem podobny, też trochę porównywany do tego filmu (choć jest to bardziej wojenny film niż Brotherhood..) szkoda, że ten film nie jest popularny.
8/10 myślę, że sprawiedliwa ocena, jeśli spojrzeć ogólnie na ten film
Snake
Statysta
 
Posty: 77
Dołączył(a): 8 kwi 2010, o 08:33

Re: Tae Guk Gi: The Brotherhood of War

Postprzez MarS » 24 lip 2010, o 22:20

To, co najbardziej mnie uderzyło w tym filmie, to reklamowanie go jako dzieła, które połączy wszystkich - różne pokolenia, a może i... komunistów z kapitalistami? Tak się jednak nie dzieje. Nie jest to na szczęście (albo i nieszczęście) ani naiwny "Welcome to Dongmakgol", ani nic w stylu "jesteśmy jedną, wielką rodziną".
Jak często w "gatunkowych" filmach koreańskich, aktorstwo jest silnie przerysowane, w spojrzeniu widza zachodniego wręcz ocierające się o groteskę. Same dialogi do "błyszczących" obiektywizmem czy logiką, nie należą. Podobnie, jak w przypadku "Ostatniej bitwy" Fenga Xiaoganga, także i tu bohaterowie tytułują się w ogniu bitwy nazwiskami z nie wyłączeniem stopni wojskowych (i tu widzimy, jak scenarzyście niezręcznie jest uznać, że coś NIE MOŻE być możliwe). Użycie elips, zastosowanie czasu rzeczywistego, w tym kontekście także razi - scena kluczowa jest zwłaszcza w momencie pożegnania braci (a wokół bitwa i atak komunistów - ciekawe, dlaczego tyle czasu im zajmuje dotarcie do braci... skąd to rozciąganie przestrzeni i czasu?). Zgryźliwie można uznać, że Eisensteinowi o wiele subtelniej wychodziło wielokrotne rozciągnięcie czasoprzestrzeni, choćby w schodach odeskich... A kino niby od tego czasu dorosło.
Zresztą, to zastrzeżenie "konstrukcji sceny" dotyczyć może także konstrukcji filmu. Jest on długi, ale raczej nie przemyślany. Lata 60. i produkcja "The Longest Day" wciąż są o wiele pod tym względem silniejsze przy formułowaniu epickich fresków. Choć, nie jest tak źle, jak w "Ji Jie Hao" Xaioganga.
Niezwykle rozczarujące jest operowanie techniką komputerową w scenie "super-wybuchów", które wciąż trudno jest ukazać w filmie wojennym. Robi się w takich momentach :animowano" i widz może ulec zjawisko deziluzji, co rażąco deszyfruje fikcję i przenosi ją na poziom.. no właśnie, fikcji... O wiele ciekawiej na tym polu wypada rekonstrukcjonizm Eastwooda....
MarS
Statysta
 
Posty: 9
Dołączył(a): 18 lip 2010, o 01:01

Re: Tae Guk Gi: The Brotherhood of War

Postprzez Snake » 25 lip 2010, o 17:51

Dzięki za opinię.

Pewnie tylko Koreańczycy są w stanie zrozumieć jak to jest być podzielonym na dwa narody będące formalnie ze sobą w trakcie wojny, aż po dziś dzień. W filmie pojawia się i owszem, ta nostalgia i pragnienie zjednoczenia, ale może tylko w naszych oczach wygląda ono infantylnie.

Co do Twojej opinii odnośnie filmu, wybacz, ale nie jestem w stanie odnaleźć bardziej rozbudowanej konstruktywnej krytyki. Z potoku mądrych słów, ładnie złożonych zdań i poetyckich porównań, wyciągnąłem co następuje :

- aktorstwo jest przerysowane - mogę się zgodzić co do tego, że nie jest mocnym punktem filmu (ogólnie bohaterowie i ich sylwetki są dosyć słabo i szarpano nakreślone)

- zastrzeżenie co do ostatniej sceny - to chyba od razu rzucało się w oczy, że naciągnięto całą tę scenę, aby ładnie pokazać rozstanie braci. Jednak po wcześniejszych scenach, gdzie bohater jest w zasadzie nieśmiertelny, można od razu się połapać, że to nie jest film realistyczny, czy typowo wojenny. Mnóstwo skakania po różnych lokacjach, efektowność ,rozrywkowość

-film jest nieprzemyślany (w domyśle chodzi o prowadzenie fabuły?) - jeśli o fabule mówisz, to jest przedstawiona w tle wojna koreańska na poszczególnych jej etapach, ale aby nie było nudno bohaterowie są zwykłymi żołnierzami, którzy idą za kompanią, by okopać się i bronić długo jakiejś pozycji ; jeśli chodziło Ci o coś innego, to nie wiem o co

-efekty komputerowe wybuchów - chodzi o scenę z samolotami ? , tylko w tej scenie zauważyłem braki techniczne, w innych nie. Padaczkowa kamera gubi się na polu walki, wokół wybuchają prawdziwe granaty, żołnierze padają, łuski toczą się po ziemi - ot ,dobrze zrealizowany film wojenny. Bez większej pompy te sceny walki, ale tak jak pisałem wcześniej, tu nie chodziło o drobiazgowe ukazanie kompanii wojennej ,lecz o historię dwóch braci, historię dość ciekawą (po przymrużeniu oka oczywiście)
Snake
Statysta
 
Posty: 77
Dołączył(a): 8 kwi 2010, o 08:33

Re: Tae Guk Gi: The Brotherhood of War

Postprzez MarS » 27 lip 2010, o 00:13

Nie ma za co...

Azjatyckie kino wojenne to nie tylko współczesne produkcje, ale i dzieła sprzed pół wieku. Chociażby japońskie produkcje antywojenne (m.in. Masaki Kobayashi, Kon Ichikawa, kilka wersji "Boso przez Hiroszimę"). Jeśli oceniam ten film nisko, to właśnie ustosunkowując się m. in. do nich. Polecam zapoznanie się z czymś sprzed kilkudziesięciu lat. Tak w zasadzie, to po co bronić miernoty? Zresztą, Kim Ki Duk czy Park Chan Wook o "nostalgii" za zjednoczeniem i problemach podziału Korei wypowiadali się o wiele subtelniej, i właśnie ten prymitywizm "prosto w twarz" trudno mi znieść w "Tae Guk Gi", zwłaszcza że wręcz się prosi o porównanie produkcyjniaka z kinem artystycznym.
Niestety, produkcyjniak na własnym polu przegrywa. Średnio bawi, zwłaszcza ze względu na źle zbudowaną dramaturgię (to miałem na myśli, pisząc o nieprzemyślanej konstrukcji filmu). Zła dramaturgia wynika z niedopracowanego scenariusza. Niedopracowany scenariusz - efekt braku talentu/wysiłku u scenarzysty? To duży zarzut, zwłaszcza dla południowokoreańskiego kina gatunków, które jest pod tak silnym wpływem innych kinematografii (zwłaszcza amerykańskiej) i wciąż ma problemy z tożsamością (patrz: rodzime adaptacje wuxia), szukając własnego głosu. Ta zależność powinna przynajmniej skutkować dobrym opanowaniem wzorców budowania poprawnych dziełek. A tu jest wręcz odwrotnie... Napięcie co jakiś czas opada do martwej linii, zanim utrzymywać widza w stanie przytomności. Największą w tym zasługę ma skłonność do repetycji, czy coś, co można by określić mianem błędów montażowych (zamiast scen złożonych z nieparzystych i zwartych ujęć, mamy sceny rozkawałkowane, zbyt rozbudowane i dające w efekcie poczucie występowania w nich ujęć działających, jak parzyste, co już źle się odbiera - jako nie-domknięte nie-całości).
Żeby chociaż nie było to wszystko takie naiwne, źle zagrane i nieudolnie zmontowane... Nie potrafię znaleźć zalet tego filmu, poza pracą operatora, ale dobre zdjęcia to i zdarzały się w polskich filmach międzywojennych. Tylko kto je teraz ogląda? Garstka fanów...
Cóż, ja się wynudziłem i wymęczyłem na tym "filmie wojennym". Wiem, wiem... Dziewczynki lubią komedie romantyczne, chłopcy filmy wojenne, obojętnie już jakie by nie były. Ale to tylko teoria. W praktyce wielu ludzi wciąż czegoś oczekuje po filmie i nie chce przez połowę seansu przymykać oczu, bo akurat coś nie wyszło. Fora poświęcone filmom przekonują wręcz, że każde potknięcie filmowców zauważy sporo ludzi i bezlitośnie im to wytknie.
Być może "Tae Guk Gi" choruje wraz z wieloma filmami wojennymi na chorobę zdziecinnienia. Oglądając "Yamato", "Kamikaze", "Ji Jie Hao", "Czerwonego Barona" czy "Flyboys" za każdym razem czułem, że są to filmy adresowane przede wszystkim do nastoletniego odbiorcy, który jest dość jeszcze bezkrytyczny i połyka tworzywo filmowe jak papkę. Najczęściej istotna jest wtedy sama intryga. Wtedy trudno się kłócić.
MarS
Statysta
 
Posty: 9
Dołączył(a): 18 lip 2010, o 01:01


Powrót do Historyczne/ Wojenne

cron